Mateusz Kusznierewicz: Mam plan ale jestem otwarty na zmiany

To, w jaki sposób kształtuje się nasze życie, zależy od wielu decyzji, które często muszą zostać podjęte na bardzo wczesnym etapie życia. Miałeś 9 lat kiedy zacząłeś trenować dyscyplinę, w której doszedłeś do mistrzostwa olimpijskiego. Kto zainicjował w Twoim życiu różne rodzaje aktywności sportowej i dlaczego ostatecznie wybór padł właśnie na żeglarstwo? 

Myślę, że istotne jest to, że dziecko w wieku kilku czy kilkunastu lat, że nie ma możliwości podejmowania świadomych, samodzielnych decyzji dotyczących tego, co chce robić. Jest się głównie inspirowane przez rodziców i najbliższe otoczenie.

To rodzice przecież nadają życiu młodego człowieka konkretny kształt i wpływają na jego wybory.

Rodzice wywierają wpływ, ale też są głównym źródłem nowych inspiracji.

Kiedy miałem 6 lat, moi rodzice, zachęcili mnie do chodzenia na basen i pytali czy nie chciałbym spróbować innych dyscyplin, np. tenisa. Kiedy wyrażałem zainteresowanie jakimś spotem, rodzice zapisywali mnie na zajęcia i pomagali mi w kontynuowaniu tej aktywności. Zawozili mnie na zajęcia i towarzyszyli mi na nich.

Moja córka Natasza ma 5 lat i chce grać na pianinie.

Zawożę ją na lekcje, bo wiem, że muzyka jest dla niej ważna i gra sprawia jej radość.

Z Izą (żona) podpatrujemy jej reakcje  i pytamy ją o wrażenia.

Tak samo robili moi rodzice: zachęcali mnie do różnych aktywności (basen, muzyka, majsterkowanie) i kiedy miałem 9 lat, mama zapytała czy nie chciałbym pojechać na obóz żeglarski. Już wcześniej widziałem te łódeczki („optymisty”) i pomyślałem: a dlaczego by nie spróbować? Żeglarstwo tak mi się spodobało, że zostałem przy tym na długo:)

Rolą rodziców jest głównie obserwacja i nie robienie nic na siłę.

Myślę jednak, że moja historia była  wyjątkowa także dlatego, że bardzo szybko odkryłem swój talent, bardzo zaangażowałem się w treningi i tylko to chciałem robić cały czas.

Niektórym ludziom odkrycie swojego talentu i pasji  zajmuje więcej czasu.

Niektórym nawet  pół życia.

Myślę, że warto jak największej liczby rzeczy spróbować na wczesnym etapie życia.

Dopóki czegoś nie spróbujesz, nie dowiesz się czy jest Ci to pisane.

W jaki sposób trenerzy, rodzice budowali Twoją motywację na przestrzeni lat?
Co było dla Ciebie największą nagrodą, a co przymusem i traktowałeś to jako coś co musisz stale, niechętnie wypełniać? 

Ważną myślą, która towarzyszy mi całe życie, jest to, że niezwykle trudno przełamuje się  swoje ograniczenia i przyzwyczajenia. Dla mnie trudnością zawsze była powtarzalność, a nagrodą było odkrywanie, rozwijanie się, doświadczanie nowych rzeczy.

Na treningach sportowych największą karą były dla mnie monotonne godziny spędzone na siłowni albo pływanie kiedy na głowę  lał deszcz. Wtedy musiałem się bardzo motywować.

Ale kiedy na przykład miałem nowy żagiel do przetestowania, to wstawałem sporo przed czasem i byłem  pierwszy na wodzie.  Takie postępowanie zresztą dostrzegam u siebie także  w związku  z podejmowaniem spraw, które są mi bliskie i takich, do których nie mam przekonania.

Niektórzy sportowcy nie mają problemu z powtarzalnością, którą uważają wprost za sposób budowania swojej siły.

Tak na przykład funkcjonuje Otylia Jędrzejczak, która bez tego poukładanego trybu nie czułaby się komfortowo.

Droga do mistrzostwa olimpijskiego to na pewno praca, której podołać mogą tylko ludzie pasji, o wyjątkowych warunkach fizycznych, ale też przede wszystkim skoncentrowani na celu, zaprawieni w boju oraz o niezwykłej sile charakteru.

Kto wspierał Cię na różnych etapach rozwoju kariery w utrzymaniu potrzeby osiągnięcia zamierzonych celów?

Warto zadać sobie pytanie: kto w dzisiejszych czasach może odnieść sukces?

Myślę, że ludzie świadomi swoich silnych stron.

Wiem, jakie są moje.

Po pierwsze: wizja. Ja mam bardzo rozbudowaną wyobraźnię, dzięki czemu wizualizuje sobie swój sukces i cel.

Po drugie: pasja.

Ona towarzyszy mi we wszystkich działaniach, którym się poświęcam i w które się angażuje.

Po trzecie: odwaga.

Pomimo, że jestem introwertykiem i często nie jestem szczególnie otwarty, to sport pomógł mi w wielu sytuacjach, a także uodpornił mnie na trudności.

Mam dzisiaj odwagę powiedzieć, to co myślę.

Opowiem o jednej z takich sytuacji.

Było to na miesiąc przed wyjazdem na igrzyska w Atlancie.

Wtedy na konferencji prasowej powiedziałem: „Tak,  jadę aby zdobyć medal i będę walczył o złoto”.

Powiedziałem to nie do końca świadomie, tak mi się wtedy wydawało, chociaż  wiedziałem, że mam bardzo małe szanse na ten medal.

To nawet nie chodziło o dowagę, aby to powiedzieć, ale o siłę jaką dały mi te słowa.

Pielęgnuję swoje mocne strony i stale je rozwijam.

Pracuję też nad słabościami i staram się uczyć na błędach.

Moją metodą jest zapisywanie rzeczy, które mi nie wyszły, aby nie musieć ich doświadczać kolejny.

Ważne jest także, aby poznać odpowiednie osoby w odpowiednim czasie, które pozwolą nam szybko wejść na wyższy poziom.

Ja na swojej drodze spotkałem dobrych ludzi, którzy mnie poprowadzili i co ciekawe, na każdym etapie spotykałem ludzi, którzy pomagali mi osiągnąć kolejny etap rozwoju.

Według Robina Iana MacDonalda Dunbara, brytyjskiego antropologa, biologa i autora publikacji „Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek? – „Jesteśmy średnią 5 osób z którymi najczęściej się zadajemy”.

I tak ludzie wokoło, nasze najbliższe  otoczenie kształtuje nas i może bardzo pomagać, ale też ciągnąć w dół.

Patrząc na ludzi, którzy osiągają sukcesy, często chcemy widzieć tylko ich jasne strony, chcemy pamiętać tylko momenty triumfu.  Jednak wiemy wszyscy, że za każdą taką historią znajdują się też czarne dni.

Czy trudne momenty pomagały Ci w dalszej pracy czy wręcz przeciwnie, wytrącały Cię z rytmu i pragnienia dalszego działania?

Porażki mnie przede wszystkim zawsze bolały, mocno każdy upadek przeżywałem.

Wszystko jednak jest uzależnione od tego, jak traktujesz porażkę.

Jeśli nie stać Cię na zwycięstwo, bo nie jesteś odpowiednio przygotowany, trzeba postawić sobie inny cel.

W takiej sytuacji, kiedy wiedziałem, że o zwycięstwo będzie  trudno, starałem się weryfikować cele i uzyskiwać korzystny kontekst. Kiedy jednak jest coś nierealnego do osiągnięcia, podchodzę do tego bez emocji czy wkurzania się.

Jeden dzień poświęcam na przemyślenie tej sytuacji i staram się podejść do  sprawy bardzo racjonalnie.

Następnie z tym doświadczeniem układam sobie nowy plan.

Jesteś podobno mistrzem planowania.

Lubisz robić precyzyjne ustalenia i jasno określać zasady i warunki współpracy.

Dla ludzi o bardziej spontanicznym podejściu do życia, takie działanie może wydawać się trudne do zastosowania we własnych projektach to raz, a dwa, to że trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że obecnie zmiany są tak dynamiczne, że wszelkie planowanie nie ma celu, bo i tak się zaraz wszystko zmieni.

„Żyjmy więc chwilą”.

Czy spontaniczność to dla Ciebie wartość czy cecha negatywna?

Wśród ludzi, którzy mnie inspirują odnajduję pewien wspólny styl działania.

Kluczowym elementem do sukcesu w ich życiu i w biznesie był dobrze przygotowany plan oraz gotowość na zmiany.

To także moja zasada.

Do każdego spotkania przygotowuję się dzień wcześniej, poświęcam na to od 3 do nawet 30 minut.

Robię sobie w ten sposób plan działania na to zdarzenie.

W ten sposób jestem świetnie przygotowany i zostawiam też margines na nowe, nieprzewidziane okoliczności.

Dlaczego lubisz swoją żeglugę po morzu polskiego biznesu i innowacji?

Co sprawia Ci największą radość przy współtworzeniu rozwiązań, które mają nieść zmianę i jakość życia?            

Wszystko zaczęło się od podjęcia bardzo świadomej decyzji, że igrzyska w Londynie będą moimi ostatnimi, w których wezmę udział jako zawodnik. Stało się to przede wszystkim ze względów rodzinnych.

Sportowiec żyje na walizkach, jest ciągle w podróży.

To piękne, wspaniałe ale nienormalne.

Ja już tak nie chciałem. Założyłem rodzinę w późnym wieku (miałem wtedy 35 lat) i chciałem spędzać czas z moimi dziećmi.

Nie chciałem żeglować całe życie (choć mógłbym), dlatego musiałem wymyślić coś innego.

Chciałem też doświadczyć innego stylu działania i innej aktywności, a zarazem chciałem wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenie.

Tak rozpoczęła się moja przygoda z biznesem.

Od czasu, kiedy uruchomiliśmy akcję związaną z  Zoom.me, mam satysfakcję, że udało się zrobić produkt, który cieszy dzisiaj już ponad 20 tysięcy osób w Polsce.

Jako że bardzo lubię doświadczać nowych rzeczy, to cały proces pracy nad tym produktem był intrygujący.

Poświęcasz dużo swojego czasu i energii życiowej dzieleniu się wiedzą.

Założyłeś Akademię dla dzieci i młodzieży, motywujesz ludzi swoimi wystąpieniami, uczestniczysz w spotkaniach promujących przedsiębiorców.

Jak oceniasz kulturę innowacji w Polsce?

Jestem bacznym obserwatorem.

Po pierwsze, będąc ambitnym człowiekiem mogę zawsze powiedzieć: „Mogłoby być lepiej” , a z drugiej strony bardzo też doceniam to, co udało się w Polsce wypracować.

Każdy dzień zaczynam od czterech newsletterów, śledzę także to, co mówią w social mediach publikują innowatorzy.

W Polsce jest wielu bardzo inteligentnych specjalistów w tej branży, na przykład Artur Kurasiński.

Istnieje także kilka serwisów branżowych (AntyWeb czy SpidersWeb) i mediów o światowym poziomie, które prezentują wartościowe projekty innowacyjne. Mamy także świetne przykłady sukcesów w tej branży, które zaistniały w obszarze międzynarodowym. Na przykład Estimote i ich Beacony, Salesmenago,  Sotrender czy Brand24.

To firmy, które są już dziś  wyceniane na dziesiątki milionów dolarów.

Teraz, kiedy wchodzą na globalny rynek, powinniśmy pamiętać, że te projekty realizują Polacy.

Popatrzmy  także na to, co się dzieje w szerszym kontekście. Mamy mnóstwo miejsc, w których można rozwijać swoje projekty.

Na przykład tu gdzie rozmawiamy, w Olivia Business Centre i w przestrzeni rozwoju innowacji O4 – to miejsce jest idealnym przykładem, połączenia  dużych, globalnych firm z ich doświadczeniem,  oraz małych i średnich firm mających  innowacyjne pomysły. Ta mieszanka  daje i jednym i drugim nowy impuls do wzrostu.

Miejsca inspirujące rozwój powstają w całej Polsce, w dużych ale także mniejszych ośrodkach miejskich.

Jednak statystyki są okrutne. Na 100 przypadków nowych firm, z sukcesem wyjdzie jedna, a 10 ma szansę na przetrwanie.

Myślę, że czasami warto jednak doświadczyć goryczy porażki, bo ona, choć bolesna, niesie nadzieję na nowe, być może, lepsze pomysły i ich skuteczną realizację.

Sam mam kilka pomysłów na nowe projekty w tym obszarze, ale nie wiem czy pasja żeglarska z nimi nie wygra …

Najcenniejszą walutą naszego współczesnego świata jest czas.

Czy używanie nowych technologii, internetu, social mediów, pozwala Ci mieć go więcej na sprawy dla Ciebie ważne i najważniejsze, czy jest to stała walka o uwagę i koncentrację na „tu i teraz”. 

Myślę, że już  dzisiaj mogę przyznać, nauczyłem się korzystać z Facebooka w sposób efektywny.

Na sprawdzenie najważniejszych treści poświęcam około 10 minut, na Twittera poświęcam więcej, koło 15 – 20 minut, czyli pół godziny na social media w ogóle.

To jest mój sposób na korzystnie z informacji, co ciekawego się dzieje na świecie oraz na puszczanie w obieg treści dla mnie wartościowych.

Chcę maksymalnie wykorzystać czas, najczęściej włączam social stream podczas porannej kawy czy będąc na lotnisku albo stojąc w korku. Staram się, aby social świat nie pożerał mojego czasu.

Planuję  każdy dzień, tydzień i kolejne odcinki czasu i w miarę efektywnie to działa.

Raz w miesiącu dokonuje kluczowych wyborów w swoich działaniach aby ograniczyć marnowanie czasu.

A raz w tygodniu, od 11 lat  spotykam się na godzinę  sam ze sobą.

Umawiam się na takie spotkanie żeby odbyć ważne rozmowy i dowiedzieć się co się dzieje u Mateusza.

To idealna weryfikacja stanu emocjonalnego i poczucia świadomości: tu i teraz.

Jeśli nie miałbym tej godziny tylko dla siebie, raz w tygodniu, wiele osób i rzeczy bym na pewno zaniedbał, albo dokonywałbym złych wyborów. Ze względu na to, że żyjemy w oddaleniu od naszych przyjaciół, nie zawsze możemy blisko porozmawiać.

I dlatego ta godzina pozwala mi rozpoznać priorytety.

Jeżeli chcesz szukać na zewnątrz rozwiązań, warto spojrzeć także w głąb siebie i dać sobie odpowiedzi.

Polecam każdemu takie spotkanie, sam na sam z sobą.

 

Zarzuciłeś od kilku już dobrych lat kotwicę swojego jachtu w cudzysłowie i w przenośni – w Gdańsku.

Podkreślasz często, wiele walorów naszej gdańskiej metropolii.

Jeśli miałbyś opisać komuś kto tu nigdy nie był, jak oddać najważniejsze dla Ciebie miejsca, ludzi, styl życia?                       

W Gdańsku żyje się dużo spokojniej, niż w Warszawie ale też nie ma tu nudy.

Jest bardzo dużo najróżniejszego rodzaju wydarzeń, każdy znajdzie tu bardzo dobrej jakości ofertę.

Mamy tak wiele ciekawych miejsc i wydarzeń, bo mamy ewenement na skalę europejską, czyli trzy różniące się miasta tworzące jeden organizm – Trójmiasto.

Pasuje mi bardzo tutejszy styl życia, mam mnóstwo aktywności w różnych obszarach: w kulturze, w biznesie czy projektach społecznych. A z drugiej strony poza pracą, jest tyle możliwości spędzania czasu w sposób niebanalny, aktywny.

Jest to jedyne miejsce w Polsce, gdzie latem można pływać, a zimą jeździć na nartach.

Lubię tutaj także klimat między ludźmi.

Bardzo szybko udało mi się nawiązać bliskie relacje z paczką znajomych, z którymi teraz spędzamy dużo czasu.

Ważna jest dla mnie także kreatywność, którą tu dostrzegam co w połączeniu z międzynarodową aurą cudzoziemców, tworzy miszmasz najciekawszych wymiarów.

To dokąd teraz płyniemy, panie Kapitanie?

Zostaję teraz już na zawsze w Gdańsku. (śmiech) Już się nigdzie nie przeprowadzam.

To oczywiście żart:) Naprawdę marzy mi się rejs dookoła świata, na polskim jachcie, z polską załogą i pod polską banderą.

Już pracujemy intensywnie na tym projektem, ale to jest proces bardzo długi i może jeszcze potrwać kilka lat.

Żeglarstwo zawsze jest i będzie mi bliskie, rozwijam nowe projekty edukacyjne w tym zakresie.

Do sportu wyczynowego już nie wrócę, ale cieszę się, że mogę też dzielić się z innymi swoją pasją.

Zapraszam do udziału w nowym cyklu „Spotkań z Mistrzami” w Olivia Business Centre na których ludzie pasji opowiedzą o tym, jak sport zmieniał i zmienia ich życie.

Każdego dnia.

Gdańsk, Luty 2016

Mateusz Kusznierewicz

żeglarz, mistrz olimpijski z Atlanty (1996), brązowy medalista olimpijski z Aten (2004), wyróżniony tytułem „Żeglarza Roku” ISAF (1999). Pięciokrotny olimpijczyk: Atlanta (1996), Sydney (2000), Ateny (2004), Pekin (2008), Londyn (2012).

Nie same jednak sukcesy są udziałem mistrza olimpijskiego z Atlanty. Znajdujący się stale w wysokiej formie, świetnie zorganizowany i „zaprogramowany” (tak mówi się najczęściej o jego dokładności czy nawet pedanterii) miał przywieść z igrzysk w Sydney kolejny złoty medal olimpijski. Znalazł się jednak w gronie tych, którzy „zawiedli” (Andrzej Wroński, Paweł Nastula). Zajął najgorsze ze świetnych miejsc – czwarte (poza podium).

Swój drugi medal olimpijski wywalczył w Atenach (2004) i był to brązowy krążek. Potem wystartował jeszcze na IO w Pekinie i Londynie (klasa Star, z Dominikiem Życkim). W Pekinie Polacy zajęli 4. miejsce, a w Londynie 8. Po Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku Mateusz Kusznierewicz zakończył karierę olimpijczyka.

Zaangażowany w działalność społeczną i biznesową.

W lipcu 2009 r. został mianowany przez prezydenta Pawła Adamowicza Ambasadorem Miasta Gdańsk do spraw Morskich. W kwietniu 2013 roku został powołany na stanowisko prezesa Fundacji Gdańskiej. Wśród jego inicjatyw znajduje się wiele imprez promujących sport i żeglarstwo m.in. realizowany w Gdańsku Program Edukacji Morskiej oraz żeglarski Wyścig o Bursztynowy Puchar Neptuna. Założyciel Fundacji Navigare, realizującej m.in. programy Rozwijamy Talenty i Spełniamy Marzenia.
Prowadzi także działalność w branży nowych technologii.

2 komentarze

  • Wow! dziękuje ślicznie za dobre słowo o Brand24!

    • Odpowiedz Maj 24, 2016

      Monika Bogdanowicz | Kultura Innowacji

      Dziękuję @Michał Sadowski za komentarz:) Miło Cię spotkać, także tu na blogu:)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.